2013-04-29

[03] - W każdej rodzinie jest czarna owca.

- Zejdź na dół, przyjechali goście.
Syriusz z niechęcią podniósł głowę z poduszki, dostrzegając jedynie znikającą postać swojego brata w drzwiach. Spojrzał na zegarek i zaklął szpetnie. Znów przeleżał pół dnia w łóżku, gapiąc się bezmyślnie na otaczające go przedmioty. Nie znosił wychodzić ze swojego pokoju, aby nie wszcząć kolejnej kłótni, lecz zaczął już dusić się w swoich czterech ścianach. Od zakończenia roku minęły dwa tygodnie, a on nie wyściubił nosa spoza swojego pokoju, nie licząc wyjścia do toalety lub do kuchni. To beznadzieje uczucie. Być bezsilnym huncwotem. Gdy podczas pobytu w Hogwarcie, doba nie była wystarczająca by zdążyć ze zrobieniem wszystkich zaplanowanych rzeczy, teraz każda godzina ciągnęła się dla niego w nieskończoność. Tępo wpatrywał się w róg sufitu, gdzie pająk tkał starannie swoją sieć. Nawet on wydawał się mieć o wiele więcej rozrywki niż Łapa. Dlatego też nie ociągając się dłużej, wstał, rozprostowując nogi. Sprężyny łóżka zaskrzypiały protestująco. Naciągnął na siebie pierwszy lepszy podkoszulek, który dostał się w jego ręce i przeczesał szybko włosy. Ociągając się wziął kilka głębokich, uspokajających oddechów i przywołując na swoje usta kwaśny uśmiech, wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Gdy schodząc do salonu, usłyszał znajome głosy swojego wujostwa i kuzynostwa natychmiast pożałował swojej decyzji. Właściwie cisza, spokój i nuda były milszym towarzystwem niż oni, ale cóż mógł na to poradzić. Jeśli by się nie pojawił, ściągnęliby go siłą, nakazując usługiwać innym. A tak? Jak zawsze wykorzysta swój niezawodny, przetestowany plan. Wystarczyło tylko zdenerwować kogoś do tego stopnia, by matka nie chcąc rujnować swojej opinii całkowicie, odesłała go do pokoju po godzinie, może pół. Podstępne? Prawdopodobnie po prostu huncwockie.
Wzdychając ciężko, wszedł do pomieszczenia, szurając butami po zniszczonym drewnie. Ziewnął szeroko, skinając głową rodzicom, którzy popatrzyli na niego z krytyką.
- Syriusz Black Trzeci - zagrzmiał tubalny głos mężczyzny, który najzwyczajniej w świecie pominął część, witania się z resztą rodziny i rozsiadł się w poniszczonym fotelu pod ścianą. - Niech no Ci się przyjrzę.
- Wuj Alphard, cóż za spotkanie - powiedział Łapa, podchodząc do niego i podając mu rękę. - Dawno się nie widzieliśmy.
- Tylko nie mów, że się stęskniłeś - ofuczał go, marszcząc krzaczaste brwi. - I tak dobrze wiemy, jaka jest prawda, młodzieńcze.
- Zapewne masz rację - przyznał Gryfon, wkładając ręce do kieszeni i przyglądając się wyniosłej twarzy swojego krewnego. Jego matka miała dwóch młodszych braci i to właśnie był ten, za którym zbytnio nie przepadała. Alphard nigdy nie ustosunkował się wyraźnie co do swoich przekonań na temat czystości krwi i nigdy nie uczestniczył w zajadłej dyskusji o wygnaniu wszystkich szlam ze świata czarodziei. To właśnie było powodem, dla którego nikt nie utrzymywał z nim stałego kontaktu. To właśnie było powodem, dla którego szarooki był w stanie zamienić z nim kilka słów bez wyraźnej pogardy. Nie miał on żony ani dzieci, a do swojej rodziny należał tylko nazwiskiem. Nie miał nikogo, z kim mógłby porozmawiać o czymkolwiek innym niż czystość krwi. Dlatego odwiedzając co roku Gimmauld Place najbardziej interesował go jego najstarszy siostrzeniec, Syriusz, który zawsze odstawał od wszystkich.
- Właśnie dlatego jesteś moim ulubionym siostrzeńcem, młody chłopcze. Nie okłamujesz samego siebie, to wielka zaleta. - Burknął, zakręcając swojego wąsa.
 Łapa zacisnął wargi, nie odpowiadając ani słowem. Wuj Alphard był jedną z nielicznych osób, które nie rzucały mu w twarz jego inności, jednak nie był on osobą, z którą można usiąść i porozmawiać na spokojnie. Zdecydowanie był jedną z najnormalniejszych osób w tym towarzystwie, jednak nie zmieniało to faktu, że nie mieli wspólnych tematów.
-  Przypomnij mi tylko ile ty właściwie masz lat?
Syriusz popatrzył na niego nieco znudzonym spojrzeniem, odpowiadając machinalnie.
- Szesnaście.
- A więc skończyłeś szósty rok nauki w Gryffindorze...
- Na to wychodzi - uciął krótko, pragnąc już skończyć te pogawędki i oddalić się naprędce. Chciał mieć to już za sobą, by spokojnie wrócić do swojej idylli. Rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając, że osoby, które zawsze najlepiej spisywały się do jego planu, właśnie przybyły.
- Wuj wybaczy, chcąc nie chcąc muszę przywitać się z resztą rodziny.
- Rozumiem - westchnął staruszek, wyciągając przed siebie nogi. - Powodzenia.
- Nie dziękuję - mruknął w odpowiedzi, podchodząc do nowych gości. Czwórka osób stojąc w progu, wyniosłym wzrokiem rozglądała się po salonie. W normalnych warunkach, Syriusz zapewne nie zaszczyciłby ich ani jednym spojrzeniem, jednakże było to jedyne wyjście, by móc urwać się z tego jak najszybciej.
- Witaj wuju, ciotko - skinął głową, stając przed nimi.
- Wciąż tu jesteś - warknęła kobieta, ukazując swoje wielkie, żółte zęby. - Jakie licho skłoniło Cię do powrotu na wakacje?
- Fakt, że nie można przebywać w Hogwarcie w okresie letnim, tak sądzę - prychnął Syriusz, wywracając oczami. Czy oni wszyscy udawali, czy po prostu byli tak tępi, myśląc, że on chce przebywać z tymi ludźmi, w tym domu?
- Gnida - syknęła młoda dziewczyna, stojąca za matką. - Gnida i zdrajca.
- Bellatrix - warknął Łapa, mrużąc oczy. - Co za nieprzyjemność gościć Cię tutaj.
Wysoka, chuda dziewczyna, syknęła, odsłaniając zęby. Jej długie, kręcone, gęste włosy były tego samego koloru, co hebanowe oczy, którymi ciskała iskry w każdego, kto się do niej zbliżył. Obok niej stała niższa, wątła blondynka, zupełnie nie podobna do swojej starszej siostry. Narcyza była cichą, opanowaną dziewczyną, niewyróżniającą się niczym szczególnym, dlatego też zawsze pozostawała pomijana i niezauważana.
- Ty... - Zaczęła ciotka, purpurowiejąc ze złości.
-  Jesteś największym przekleństwem, jakie mogło spotkać moją siostrę - odezwał się w końcu rosły mężczyzna, o stalowych oczach. Wypowiedział to zdanie z tak wielką dozą nienawiści i jadu, że każdy przeciętny człowiek by się wzdrygnął.
- Dziękuję - parsknął Syriusz, próbując powstrzymać śmiech. - Nieoczekiwany komplement z Twoich ust, doceniam.
- Cygnusie, Druello - zawołała matka Syriusza swoim wysokim, skrzeczącym głosem, przeczuwając wybuch swojego brata. - Bardzo Was przepraszam za jego naganne zachowanie. Niestety jest nie do opanowania.
- Nie przepraszaj, droga siostro - westchnął w końcu mężczyzna, ukazując swoją litość. - To ogromne nieszczęście, które na Ciebie spadło nie jest Twoją winą. W każdej rodzinie znajduje się jakaś czarna owca.
- Skoro o czarnych owcach mowa... - Zabrzmiał czyjś wysoki, melodyjny głos, a do pomieszczenia wkroczyła trzecia, młoda dziewczyna.
Była średniego wzrostu i na pierwszy rzut oka była ogromnie podobna do swojej starszej siostry Bellatrix. Dopiero po chwili, gdy się jej przyjrzeć, można było dostrzec coraz więcej różnic. Jej włosy miały kolor jasnego, ciepłego brązu, a oczy, choć równie intensywnie czarne, miały w sobie więcej ciepła i łagodności. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy Gryfona wykwitł szczery, szeroki uśmiech.
- A kogoż to widzą moje oczy - zawołała radośnie, stając przed nim oko w oko. - Toż to Syriusz Black we własnej osobie. Tęskniłeś?


*


- Nie zgadzam się, Lily.
- Ale mamo... - Jęknęła rudowłosa, wywracając oczami. - Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie mogę pojechać do Dorcas.
Pani Evans spojrzała na nią z dezaprobatą.
- Ponieważ doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że w waszym świecie dzieje się coś niedobrego. To raz. Dwa, jej rodziców nie będzie w domu, kto by się Wami zaopiekował? No i mogę podać Ci jeszcze jeden powód, najważniejszy jak dla mnie. Lily jesteś w Hogwarcie przez 10 miesięcy, nie licząc krótkich przyjazdów na Boże Narodzenie. Okres wakacyjny to jedyny czas, gdy mogę się Tobą nacieszyć, więc zrozum, ale nie. Może zachowuję się trochę nadopiekuńczo i egoistycznie, ale chciałabym mieć Cię dla siebie przez czas dłuższy niż dwa tygodnie.
Zielonooka przygryzła policzek, nie otwierając ust. W normalnej sytuacji miałaby już przygotowaną jakąkolwiek wymówkę, albo argument, który by przekonał rodzicielkę do zgody. I choć bardzo chciała odwiedzić Dorcas, głos ugrzązł jej w gardle. Nawet zwykli, niemagiczni ludzie byli w stanie wyczuć, że dzieje się coś złego. W gazetach ciągle podawano nowe informacje o masowych wypadkach, wybuchach gazu lub tajemniczych zaginięciach. To było podejrzane dla wszystkich, a tym bardziej dla osób, które miały chociaż blade pojęcie o magii i wiedziały, czego szukać w wiadomościach. Westchnęła, spoglądając na swoją mamę.  Chociaż Lily nie znosiła, gdy ktoś odmawiał jej czegokolwiek, tym razem powody były oczywiste i zrozumiałe. Zaczynająca się wojna, to jedno. Ale istniał też fakt, że ona również odczuwała tęsknotę za domem i rodzicami. W wieku 11 lat  zabrano ją do innego świata, gdzie nie było miejsca na tych dwóch, najważniejszych ludzi w jej życiu. Jak mogła pozbawiać siebie i ich z reszty cennego czasu, jaka im pozostała? Po wakacjach rozpoczyna się jej ostatni rok w Hogwarcie. Potem będzie musiała walczyć. Nie wiadomo jak to się skończy. Życie jest nieprzewidywalne.
 Rudowłosa westchnęła głośno, wstając z krzesła.
- Dobrze, więc, rozumiem. Dam znać Dorcas, że nie przyjadę.
- Przepraszam, że sprawiam Ci przykrość, Lily - powiedziała kobieta, odwracając się do garnków.
- Daj spokój, mamo. Nie przejmuj się takimi głupotami - bąknęła w odpowiedzi, wychodząc z kuchni. - Zawołasz mnie na kolację?
- Oczywiście, skarbie.
Włócząc nogami, udała się do swojego pokoju. Pomarańczowe promienie zachodzącego słońca, oświetlały pomieszczenie ciepłą poświatą, a letni wietrzyk wpadający przez otwarte okno zatańczył we włosach dziewczyny, wywołując na jej ustach blady uśmiech. Dlatego też kochała przyrodę. Żywioły zawsze znikąd pojawiały się wtedy, gdy ich najbardziej potrzebowała, udzielając jej wsparcia. Może było to dziwna, wymuszana i naciągana teoria, ale miała wrażenie, że są one jak niewidzialne, przyjazne duszki, krążące dookoła niej. Zaciągnęła się świeżym, rześkim, wieczornym powietrzem, co ją uspokoiło. Skierowała swoje kroki do łóżka i rzucając się na nie, przykryła oczy ręką, wsłuchując się w miarowe tykanie zegara. Nie spotka się z przyjaciółmi przez całe wakacje. Mary wraz z rodzeństwem i rodzicami wyjechała gdzieś do rodziny na południu Polski, Alice spędzi cały czas z Frankiem, który od października rozpoczyna kursy aurorskie, a z Meadowes sprawa była wyjaśniona. Będzie tak jak sądziła. Zostanie więźniem swojego własnego domu.


*


- Widzę po Twojej minie, że niezwykle cieszysz się goszcząc nas wszystkich pod swoim dachem.
Syriusz wywrócił oczami i otworzył przed nią drzwi do swojego pokoju.
- Nie skłamię mówiąc, że cieszę się wyłącznie z Twojego przybycia tutaj, Andromedo - powiedział Łapa, uśmiechając się szczerze i wchodząc za nią do pomieszczenia.
 - Gładko poszło - stwierdziła, rzucając się bezceremonialnie na jego łóżko. - Wyrzucili Cię po dwudziestu siedmiu minutach. To Twój nowy rekord.
- Gdyby nie Twoja pomoc, pewnie jeszcze byśmy tam siedzieli - wzruszył obojętnie ramionami, siadając na krześle i wyciągając nogi na biurko. - Słyszałaś o planach mojego ojca?
- Mówisz o zaklęciach rzuconych na dom? - Sarknęła, krzywiąc się wyraźnie. - Tak, u nas też rozmawia się o tym coraz częściej. Czy to nie bezsensowne? Ukrywanie się przed mugolami, jakby mogli nam cokolwiek zrobić.
- Nie chodzi tylko o nich - westchnął Syriusz, przecierając zmęczone oczy. - Voldemort werbuje ludzi do swojej armii. Szuka wśród czysto krwistych, a jemu nie można odmówić. Nawet, jeśli moi rodzice popierają ideę wyczyszczenia świata magicznego z mugolaków, to nie są na tyle odważni by o to walczyć. Są tchórzami, jak to na Ślizgonów przystało, bez obrazy oczywiście.
- Tak, my z Domu Węża tak mamy - parsknęła Dromeda, uśmiechając się cynicznie. - To bez sensu, że tam trafiłam. Przecież panicznie boję się jakichkolwiek gadów i nie znoszę zielonego.
Łapa zaśmiał się głośno, kręcąc głową z politowaniem. Jedyną Ślizgonką, z którą kiedykolwiek rozmawiał w sposób tak przyjazny, była właśnie ona.
- Jak to jest, że możesz odchodzić sobie od stołu kiedy tylko chcesz i nikt nie robi Ci przy tym wyrzutów? - Zapytał po chwili ciszy, która między nimi zaległa.
- Wiedzą, że w przeciwnym razie zaczęłaby się awantura, a moi rodzice bardzo chcą zachować przekonanie, że to Ty jesteś najgorszy, a nie ja.
- Dobrze im idzie - zaśmiał się, szczerząc zęby. - Ta rola pozostała przypisana wyłącznie dla mnie.
- Nie na długo - mruknęła dziewczyna, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu. Widząc wszędzie porozrzucane ubrania, skrzywiła się nieznacznie. Wyjmując różdżkę z kieszeni machnęła nią kilka razy w kierunku stosów prania. Wszystko samoistnie ułożyło się w staranną kostkę i pofrunęło na swoje półki. Nawet skarpetki poukładały się w pary i  ułożyły w szufladach.
- Jesteś w tym niezła - zacmokał Black rozglądając się dookoła. - Właściwie nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek było tu aż tak czysto.
- Lubię porządek - odparła wzruszając ramionami. Chłopak uniósł wysoko brwi, a ta spuściła wzrok, wpatrując się w paznokcie.
- Mów.
- Co mam mówić? - bąknęła zdezorientowana.
- Coś Cię gryzie - bardziej stwierdził niż zapytał. - Mów o co chodzi.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Dromedo!
Dziewczyna fuknęła, prostując się do pozycji siedzącej. Widząc chłodne zdecydowanie w oczach kuzyna, pokręciła lekko głową, uśmiechając się niemrawo.
- Wiesz jaka jest nasza rodzina - zaczęła, wpatrując się bezmyślnie w ścianę przed sobą. - Są nieznośni, uparci, rygorystyczni i jeszcze ta obsesja na punkcie krwi - jęknęła żałośnie, przecierając oczy. - Jednym słowem to...
- Patologia - wtrącił Syriusz, szczerząc zęby. - Wiem o tym, Andromedo. Mieszkam tu od zawsze.
- No właśnie - przytaknęła, biorąc głęboki oddech. - Pamiętasz jak zareagowali gdy dowiedzieli się, że przyjaźnisz się z mieszańcami bądź mugolakami?
- Nie było ciekawie - mruknął Syriusz, krzywiąc się lekko. - Mało brakowało żebym oberwał jakąś klątwą.
- A to była tylko przyjaźń - powiedziała cicho, spuszczając głowę w dół.
Szarooki nie rozumiejąc o czym mówi, przypatrywał się jej przez dłuższą chwilę. Cisza zalegająca między nimi robiła się rażąca i niezręczna. Dopiero gdy napotkał spojrzenie dziewczyny, wszystko do niego dotarło.
- Dromedo - zaczął zaskoczony. - Chcesz mi powiedzieć, że Ty...
- Tak - urwała, chowając twarz w dłoniach. - Zakochałam się w mugolu.
Syriusz zamilkł, wpatrując się w nią z szeroko otwartymi ustami.
- No i co sie gapisz, idioto? - warknęła po chwili, przywołując się do porządku.
Chłopak nie odpowiedział. Po prostu wybuchnął czystym, perlistym śmiechem, przypominającym szczekanie psa.
- Nie śmiej się ze mnie!
- Ale ja nie...przepraszam - zawołał, biorąc głęboki, uspokajający oddech. - Teraz już wiem co miałaś na myśli mówiąc, że rola czarnej owcy w naszej rodzinie jest mi przypisana nie na długo.
Nic nie odpowiedziała. Wciąż siedziała z zaciśniętymi ustami, wpatrując się przed siebie. Oboje dobrze wiedzieli co to znaczy, lecz żadne z nich nie chciało powiedzieć tego głośno.
- Andromedo...
- Wiem.
- Co masz zamiar zrobić? - zapytał, podnosząc się ze swojego miejsca i siadając obok niej. Przeniosła na niego wzrok, w którym widać było walkę uczuć.
- Nie wiem - szepnęła, przygryzając wargę. - Ale nie mogę zrezygnować z Teda.
- Rozumiem - odparł Black, obejmując ją ramieniem. - Ale nie możesz też odwrócić się od rodziny, prawda?
- Chyba nie będę miała wyjścia - westchnęła, patrząc na niego zrezygnowana. - I tak nigdy nie należałam do tej otoczki. Tak jak Ty...
- Słucham?
- Syriuszu, męczysz się tutaj - zaczęła, spoglądając na niego uważnym wzrokiem. - Od zawsze byłeś osobną jednostką. Jestem Ślizgonką. Nie słyniemy z odwagi, w przeciwieństwie do Ciebie, Gryfonie - trąciła go łokciem. - A jednak postanowiłam walczyć o swoje racje. Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś? Dlaczego wciąż tu jesteś, Łapo?
- Sam nie wiem - odparł, wzruszając ramionami. - Skłamię mówiąc, że nigdy nie myślałem o tym, żeby się od tego odciąć, ale... chyba tak naprawdę nie podchodziłem do tego zbyt poważnie. Nie miałem do tego motywacji, jak Ty.
- Po prostu mi obiecaj, że coś zmienisz.
- Obiecuję.

*

- To kpina! - Krzyknęła Petunia, łypiąc wzrokiem na rodziców. - Wy do reszty postradaliście swój rozum?
- Nie rozumiem Twojego oburzenia, kochanie - powiedziała matka, delikatnym głosem. - Razem z tatą kochamy Was po równo. Jeśli Twoje koleżanki mogą Cię odwiedzać, to nie rozumiem, czemu mielibyśmy zabronić tego Lily.
- To dziwolągi! - Zawyła, wytrzeszczając oczy. - Powinno się ich trzymać w odosobnieniu!
- Petunio! - Zagrzmiał ojciec, ganiąc ją spojrzeniem. - Nie wyrażaj się w taki sposób.
- Ale kiedy to prawda - jęknęła żałośnie, spoglądając na rodziców w sposób, jakby zobaczyła przed sobą parę kosmitów. - Ona jest dziwna!
- Przepraszam, że Ci przerwę, siostrzyczko - powiedziała Lily przesłodzonym tonem, akcentując ostatnie słowo. - Ale ta "ona" ma imię, siedzi obok Ciebie i nie życzy sobie abyś wyrażała się o niej w ten sposób. Zrozumiałyśmy się? - Dodała lodowato, mierząc ją pochmurnym spojrzeniem.
- Dziewczynki przestańcie - poprosiła Mary, biorąc głęboki oddech. - To już przesądzone. Dorcas nas odwiedzi w te wakacje.
- W takim razie to ja wyjadę - oświadczyła dobitnie, rzucając wyzywające spojrzenie. - Wyjadę i nie wrócę, dopóki one się stąd nie wyniosą. Nie zniosę ani chwili w ich towarzystwie.
- Petuniu... - zaczęła pani Evans, lecz starsza córka jej przerwała.
- Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale nie mogę doczekać się września - fuknęła rozjuszona i odwracając się napięcie, wyszła z kuchni.
- W każdej rodzinie jest czarna owca - mruknęła Lily pod nosem, odprowadzając starszą siostrę spojrzeniem.
_____________________________
Hej, cześć i czołem!
Szczerze przyznam. Bardziej lamerskiej rzeczy chyba jeszcze nie napisałam do tej pory. Aż wstydzę się publikować to jako rozdział, ale musicie mi wybaczyć. Co ja sobie myślałam, żeby zacząć pisać opowiadanie od wakacji?! Przecież tu się nic nie dzieje, poza kilkoma wątkami, które muszę wprowadzić. Nic a nic. Naprawdę gorąco przepraszam.
Myślałam, że pisanie tego rozdziału potrwa jeszcze dłużej, z racji na to, że nie miałam kiedy do niego usiąść. Nie mam weny, pomysłów, czasu i ochoty. Muszę na nowo wciągnąć się w tą historię.
Wiem, że może brakuje Wam Jamesa, Dorcas czy innych bohaterów, ale cóż. Nie wiem co mogłabym jeszcze opisać w ich życiu, żeby miało sens i nie zanudziło Was do reszty.
Jeszcze jedna rzecz!
Dedykuję ten rozdział kochanej Pixi, która pomogła mi w poprawieniu błędów w rozdziale 2, a także dała mi ogromnego kopa pozytywnej energii.
Dziękuję Wam wszystkim za tak ogromne wsparcie.
Jesteście najlepsi.
Wasza, Anaisse. xx